Piątkowy mrok jeszcze nie opadł. Kurtyna pozostaje rozdarta. Czy jestem jak ci uczniowie, którzy uciekli – pełen niedowierzania i bolesnego zaprzeczenia? Czy to naprawdę tak miało wyglądać? Gdzie jest ta radosna „pedagogika dobra”, gdy Dobro zostało przybite do drewna? I choć Jezus Pan został złożony do grobu, to Drewno wciąż woła. Kieruje moje myśli na człowieka i jego serce. Na moje serce. Pojawiają się wątpliwości.
Wątpliwość wobec człowieka, który potrafi tak szybko przejść od „Hosanna” do „Ukrzyżuj”.
Wątpliwość wobec własnego powołania – czy potrafię prowadzić młodych do Boga, którego sam tak często opuszczam?
Wielka Sobota to czas zawieszenia – między krzyżem a pustym grobem. Jako salezjanie, przyzwyczajeni do gwaru oratorium, radości młodych i ciągłego działania, w tym dniu stajemy przed trudną ciszą. To moment, w którym nasze powołanie spotyka się z „milczącym szokiem”.
W tej ciszy Wielkiej Soboty wracam myślami do tych chwil, którymi Jezus mnie dotknął. Wracam do studni Wody Żywej, gdzie siedzi On. Ja przynoszę Mu moje definicje: miłość jako zapał do pracy, woda jako wiara w sukcesy, w tym te wychowawcze (moje), troska jako wchodzenie w kolejne projekty. A On milczy. W ten sobotni poranek, gdy brakuje mi wspólnej płaszczyzny z Jego planem, Jezus zaprasza mnie do wejścia w głębię.